- Podrzucą nas na dworzec –
szepnął Kuba, chwytając moją dłoń. Nasze palce jak zwykle splotły się na dowód,
jak bardzo do siebie pasujemy. – Skoczymy szybko po bilety i jedziemy do
Kędzierzyna.
- Pamiętam.
- Ach, no i Matt stwierdził, że
zabierze się z nami. – Mało brakowało, a zacisnęłabym obie dłonie w pięści. Nie
chciałam jednak tłumaczyć Kubie jak bardzo nienawidzę jego ulubionego Włocha. W
prawdzie zdawał sobie sprawę z tego, że miłości między nami nie ma, ale na ogół
staraliśmy się znosić nawzajem w jego obecności.
- Cudownie – wysyczałam,
wlepiając wzrok w szybę. Jak to dobrze, że cały autokar został oklejony
wizerunkiem Jastrzębskiego Węgla. Dzięki temu mogłam siedzieć ze skwaszoną miną
nie martwiąc się, że któraś z tych dziewczyn stojących na zewnątrz zrobi mi
zdjęcie.
Droga na dworzec dłużyła się niemiłosiernie. Najpierw
ugrzęźliśmy w korku tuż przed Rondem Fordońskim. I pomyśleć, że nasz hotel
mieścił się jakieś paręnaście metrów od niego. Kuba nerwowo spoglądał na
wyświetlacz swojej komórki sprawdzając, czy przypadkiem nie spóźnimy się na
pociąg. Moim obowiązkiem powinno być uspokojenie go chociaż trochę. Niestety
żadne, ciepłe słowa nie przychodziły do głowy. Siedziałam więc sztywno na swoim
miejscu, a kiedy twarz Martino pojawiła się na siedzeniu przede mną jakimś
cudem powstrzymałam się od pieprznięcia go w ten pusty łeb.
- Spędzimy razem dwa, cudowne
dni, mia cara – uśmiechnął się
uroczo, nawet nie próbując oderwać ode mnie spojrzenia. Kubie to nie
przeszkadzało. No pięknie! Może czasem zechciałby mnie nawet wypożyczać Matteo,
kiedy będzie mu się nudzić? Prychnęłam cicho, ale i tak nie przyciągnęłam tym
uwagi mojego chłopaka. – Widzę, że już się cieszysz.
- Jak jasna cholera –
odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. – Czy ty sobie wyznaczyłeś jako życiowy
cel, uprzykrzanie mojego życia?
W takich chwilach byłam prawie zadowolona, że Kuba nie
mówi po włosku. Mi się udało. Pobierałam lekcje tego języka już od pierwszych
lat życia. Wujek Mario przeniósł się do Polski i przez blisko dwa lata mieszkał
razem z nami. Po polsku mówił średnio, a jakoś musiałam się z nim dogadywać. No
i tak z czasem jakoś samo przyszło. Dzięki temu mogłam obrażać Martino w jego
ojczystym języku, a Kuba nie miał o niczym pojęcia.
- Nie pochlebiaj sobie – Włoch
puścił do mnie oczko. W tym samym momencie autokar zahamował gwałtownie,
zajeżdżając pod budynek dw