12 kwietnia 2013

Przykładowy tekst

widać, że mnie obgaduje. To niedyskretne pokazywanie palcem mojej osoby ani trochę o tym nie świadczyło.
- Podrzucą nas na dworzec – szepnął Kuba, chwytając moją dłoń. Nasze palce jak zwykle splotły się na dowód, jak bardzo do siebie pasujemy. – Skoczymy szybko po bilety i jedziemy do Kędzierzyna.
- Pamiętam.
- Ach, no i Matt stwierdził, że zabierze się z nami. – Mało brakowało, a zacisnęłabym obie dłonie w pięści. Nie chciałam jednak tłumaczyć Kubie jak bardzo nienawidzę jego ulubionego Włocha. W prawdzie zdawał sobie sprawę z tego, że miłości między nami nie ma, ale na ogół staraliśmy się znosić nawzajem w jego obecności.
- Cudownie – wysyczałam, wlepiając wzrok w szybę. Jak to dobrze, że cały autokar został oklejony wizerunkiem Jastrzębskiego Węgla. Dzięki temu mogłam siedzieć ze skwaszoną miną nie martwiąc się, że któraś z tych dziewczyn stojących na zewnątrz zrobi mi zdjęcie.
            Droga na dworzec dłużyła się niemiłosiernie. Najpierw ugrzęźliśmy w korku tuż przed Rondem Fordońskim. I pomyśleć, że nasz hotel mieścił się jakieś paręnaście metrów od niego. Kuba nerwowo spoglądał na wyświetlacz swojej komórki sprawdzając, czy przypadkiem nie spóźnimy się na pociąg. Moim obowiązkiem powinno być uspokojenie go chociaż trochę. Niestety żadne, ciepłe słowa nie przychodziły do głowy. Siedziałam więc sztywno na swoim miejscu, a kiedy twarz Martino pojawiła się na siedzeniu przede mną jakimś cudem powstrzymałam się od pieprznięcia go w ten pusty łeb.
- Spędzimy razem dwa, cudowne dni, mia cara – uśmiechnął się uroczo, nawet nie próbując oderwać ode mnie spojrzenia. Kubie to nie przeszkadzało. No pięknie! Może czasem zechciałby mnie nawet wypożyczać Matteo, kiedy będzie mu się nudzić? Prychnęłam cicho, ale i tak nie przyciągnęłam tym uwagi mojego chłopaka. – Widzę, że już się cieszysz.
- Jak jasna cholera – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. – Czy ty sobie wyznaczyłeś jako życiowy cel, uprzykrzanie mojego życia?
            W takich chwilach byłam prawie zadowolona, że Kuba nie mówi po włosku. Mi się udało. Pobierałam lekcje tego języka już od pierwszych lat życia. Wujek Mario przeniósł się do Polski i przez blisko dwa lata mieszkał razem z nami. Po polsku mówił średnio, a jakoś musiałam się z nim dogadywać. No i tak z czasem jakoś samo przyszło. Dzięki temu mogłam obrażać Martino w jego ojczystym języku, a Kuba nie miał o niczym pojęcia.
- Nie pochlebiaj sobie – Włoch puścił do mnie oczko. W tym samym momencie autokar zahamował gwałtownie, zajeżdżając pod budynek dw